BOHATER BĘDZIE WIARYGODNY

Rozmowa z Konradem Łęckim, autorem scenariusza i reżyserem filmu „Wyklęty”

 
Czy pamiętasz pierwszy film, który zobaczyłeś na dużym ekranie. Co zrobiło na Tobie największe wrażenie?
 
Kiedy miałem sześć albo siedem lat Mama z niemałym trudem zdobyła bilety na  „Akademia Pana Kleksa” w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego. To było wstrząsające obejrzeć na dużym ekranie film z tyloma efektami, w którym wiele się działo. Na owe czasy film był bardzo dobrze zrobiony. Pamiętam jak się bałem Filipa Golarza i innych postaci. Ale nie mógłbym powiedzieć, że już wtedy pomyślałem, iż będę chciał robić filmy.
 
Co w takim razie skierowało Cię na tę drogę?
 
Telewizja. Myślę, że serialem, po którym zacząłem poważnie myśleć o tym, żeby zająć się robieniem filmów, była brytyjska wersja „Robin Hooda”. Serial był bardzo nowatorsko zrobiony. Pojawiały się w nim elementy mistyki, zastosowano specyficzny sposób filmowania, dużo ujęć było we mgle, wiele scen rozgrywało się w lesie. Tego wcześniej w serialach nie widziałem. Duże wrażenie zrobił na mnie klimat, na który składały się historia, kostiumy, plenery. To wszystko  mocno się we mnie zakorzeniło i wydaje mi się, że spośród tytułów zagranicznych, właśnie ten film był takim krokiem milowym do reżyserii.
Trudniej byłoby mi natomiast wymienić jeden polski tytuł. Niesamowite wrażenie robiły na mnie ekranizacje klasycznych powieści pozytywistycznych. Np. „Nad Niemnem” Zbigniewa Kuźmińskiego, czy „Noce i dnie” Jerzego Antczaka. To były filmy, w których plastyka obrazu, prowadzenie aktorów i muzyka bardzo na mnie działały. Do dzisiaj „Noce i dnie” oglądałem już ponad dwieście razy i nadal realizacja tego filmu mnie zaskakuje, to jest dla mnie absolutny majstersztyk. Wracając do początku, te dzieła mnie utwierdziły w przekonaniu, że chciałbym robić filmy, aczkolwiek jednocześnie bałem się, czy będę w stanie zrobić film na takim poziomie.
 
Ale sam sobie też wysoko postawiłeś poprzeczkę, bo w odróżnieniu od wielu kolegów jako swój debiut pełnometrażowy robisz film historyczny. Dodatkowo jeszcze podjąłeś dość kontrowersyjny temat żołnierzy wyklętych. Czy żołnierze wyklęci są Ci z jakiegoś powodu bliscy?
 
Mnie filmowo interesują tematy historyczne. Interesuję się historią, dużo czytam i dlatego robiąc filmy historyczne, czuję, że wiem co robię. Temat żołnierzy wyklętych nie jest jeszcze wyeksploatowanym tematem. Myślę, że przeczytałem większość książek o tej tematyce dostępnych na rynku i utwierdzałem się w przekonaniu, że warto byłoby tę historię sfilmować. Przede wszystkim dlatego, że w wielu przypadkach te życiorysy są niesamowite. Poza tym byłem przekonany, że mam świeże spojrzenie na ten okres w polskich dziejach.
Moim filmem dyplomowym w Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie był krótkometrażowy film o mordzie polskich oficerów w Katyniu pt. „Pre mortem”. Teraz idę za ciosem i pokazuję, co działo się z tymi żołnierzami podziemia niepodległościowego, którzy przeżyli wojnę.
 
Szukałeś scenariusza napisanego przez kogoś, czy od razu wiedziałeś, że sam napiszesz?
 
Nie szukałem. Wszystkie wcześniejsze etiudy zrobiłem według własnych scenariuszy. Kiedy sam piszę,  to łatwiej jest filmować, bo mam więź z bohaterami, których  sam tworzę. Nie muszę się zastanawiać, jaka była intencja autora, bo wiem, co te postacie myślą i robią. Przy czym samo napisanie scenariusza jest skomplikowane. Z całą pewnością pomaga mi wiedza historyczna i znajomość zasad scenopisarstwa.
Kiedyś jeden z moich wykładowców - Andrzej Kotkowski powiedział, że najlepszy bohater filmowy, to taki, który reaguje, a nie jest sprawcą wydarzeń. Innymi słowy, wstawiasz bohatera w jakieś sytuacje, budujesz rzeczywistość  wokół niego i on musi reagować. Staram się stosować tę zasadę. Bardzo żałuję, że mój promotor nie będzie mógł filmu zobaczyć.
 
Na kanwie losów prawdziwych bohaterów stworzyłeś postacie filmowe, czy trudno było tak sformatować głównego bohatera, żeby był jednocześnie prawdziwy i uniwersalny?
 
Trudnością było to, żeby główny bohater nie był papierowy. Ze względu na temat, łatwo jest popełnić taki błąd, że oto mamy bohatera posągowego, na pomnik. Chciałem, żeby to był człowiek z krwi i kości. Żeby miał zwyczajne emocje. Łatwo się mówi, ale przełożenie tego na język filmu nie jest łatwe. Starałem się wyważyć, np. w warstwie językowej, żeby jego wypowiedzi nie były patetyczne. Bo nawet z krystalicznym bohaterem, podanym w niestrawnym sosie, odrealnionym  widz nie będzie się identyfikował. A  moim głównym celem było, żeby nie przedobrzyć i pozwolić widzowi  zidentyfikować się z bohaterem.
 
Czy kiedy przystępowałeś do kręcenia filmu, miałeś już postacie głównych bohaterów. Wiedziałeś, kto ma ich zagrać, czy czekałeś, aż aktorzy wypełnią te postacie swoją osobowością?
 
Kilka postaci było napisanych pod konkretnych aktorów. Wiedziałem, że głównego bohatera będzie grał Wojciech Niemczyk, a Wiktora zagra Marcin Kwaśny. W paru przypadkach to było tak, że napisałem bohatera, a potem go wizualizowałem poprzez konkretnego aktora. W paru przypadkach bardzo mi zależało, żeby pozyskać aktorów, np. Janusza Chabiora do roli ministra i to się udało. W większości przypadków moje wyobrażenie z tym, kto zagrał w rzeczywistości jest bliskie. W jednym przypadku – doktora Niburskiego - zostałem pozytywnie zaskoczony przez aktora, bo Leszek Teleszyński zagrał tę postać lepiej niż mógłbym sobie ją wyobrazić. Powiedziałbym, że połowa postaci była napisana pod konkretnych aktorów, a w połowie aktorzy byli dobierani do roli.
 
Czy chciałeś, żeby aktorzy wykorzystywali swoje emploi, czy wolałeś, żeby tworzyli postacie odrębne od tego, z jakimi rolami są kojarzeni?
 
Aktorzy zwykle chcą grać wbrew warunkom. I to niezależnie od tego, na jakim są etapie  zawodowego rozwoju. Ja akurat wolę, żeby aktor grał „po warunkach”, bo wiem, czego się mogę spodziewać. Natomiast w przypadku tego konkretnego filmu, trzeba pamiętać, że wielu aktorów grało albo w ogóle po raz pierwszy, albo był to jeden z ich pierwszych występów przed kamerą. Dlatego trudno mi było zakładać, jacy oni są. Mówiłem jaka to jest postać, jak ona ma wyglądać i oni się do tego starali stosować. Jeśli aktor proponował coś, co miało uzasadnienie, to ja się do tego zawsze przychylam, ale daję ograniczone pole manewru, jeśli chodzi o kreowanie postaci. 
Wolałem wybierać aktorów pod kątem mojej wizji filmu i dopasowywać ich pod względem warunków i sposobu grania do konkretnych postaci. Na eksperymenty, żeby wychodzić z pewnych ram, czyli emploi, jest jeszcze czas.
 
Czy z Twojej perspektywy trudniejsze były te sceny, w których brało udział kilkuset rekonstruktorów, czy te intymne, kiedy trzeba było w aktorach wyzwolić silne emocje?
 
Zdecydowanie najtrudniejsze były sceny batalistyczne, wymagające zapanowania nad dużą liczbą ludzi na planie, kiedy trzeba było zsynchronizować pracę. Również pod względem pogodowym bywało trudno, niektóre sceny mnie i całą ekipę wykańczały psychicznie i fizycznie. Ciężko kręciło się zimą i wczesną wiosną. Strzelaniny, z użyciem wozów bojowych, sceny, które wymagają dyscypliny.
Sceny kameralne, zwłaszcza z dobrymi aktorami, którzy wiedzą jak podawać emocje, nie są takie trudne do zrealizowania. To są bardzo wdzięczne sceny, bo efekt jest od razu widoczny. Natomiast sceny batalistyczne to jest wielka niewiadoma. Efekt zobaczyłem dopiero po wstępnym montażu nakręconego materiału.
 
Znany jesteś z ogromnej dbałości o detale, w ekipie krążą legendy, jak wytrwale szukałeś autentycznych rekwizytów i kostiumów. Jesteś zadowolony z tego, co udało się osiągnąć?
 
W filmie kostiumowym najważniejsze jest trzymać się realiów epoki. Mam sporą wiedzę, a tam gdzie nie byłem pewny, zwracałem się do konsultantów. Wiele rzeczy załatwiałem sam, bo interesuję się tym okresem historycznym. Oczywiście nie da się nad wszystkim zapanować. Zdaję sobie spraw, że widz jest wymagający i mam świadomość, że jeśli coś będzie nie tak, to mogą się pojawić negatywne reakcje. Wiem, że są osoby, które filmy oglądają poklatkowo. Starałem się na tyle, na ile mogłem, żeby wszystko było wierne epoce. Mieliśmy autentyczną broń, mieliśmy dużo mundurów, które pamiętają tamte czasy. Jeden z aktorów grał z oryginalnym AK-owskim orzełkiem na czapce po moim dziadku, który walczył w partyzantce. To jest już najwyższy poziom autentyzmu.
 
Czy sceny z dziećmi są w jakiś szczególny sposób przygotowywane, czy wymagają innego podejścia aktorów?
 
Generalnie praca z dziećmi jest trudna. I tu muszę powiedzieć, że bardzo mi pomagali dorośli aktorzy. Jeżeli grali rodziców, to starali się ze swoimi filmowymi dziećmi zaprzyjaźnić, oswoić je jakoś z planem. Bardzo trudną scenę z gospodarzem udało się nakręcić dzięki temu, że Beata Pszeniczna i Piotr Cyrwus, jako aktorzy z doświadczeniem i wrażliwością, potrafili dotrzeć do dzieci, nawiązać nić porozumienia.
Jeśli chodzi o Ksawerego, czyli mojego syna, który zagrał małego Lola, to mam z nim szczególną więź i rozmawialiśmy o tym, co będzie robił na planie. Jednak nie do przecenienia jest tutaj rola mojej żony – Anny, bo to ona uczyła go roli, przygotowywała do sceny, którą potem razem ćwiczyliśmy. 
 
Czy uważasz, że okres historyczny pokazany w filmie ma ciągle wpływ na polską rzeczywistość?
 
Ma, jest elementem polityki historycznej, która właśnie teraz zaczyna być doceniana i realizowana.  Poza tym, w tamtym czasie powstał podział, który jest do dzisiaj widoczny. Choćby podejście do tych ludzi, których dzisiaj nazywamy żołnierzami wyklętymi, czy jak się częściej mówi, niezłomnymi, definiuje linię podziału w społeczeństwie. Bo są ludzie, którzy mówią, że to są bandyci i są ludzie, którzy mówią, że to są postacie bohaterskie. To wciąż rezonuje. Widzę analogie do dnia dzisiejszego.
 
Czy chciałbyś żeby widz wychodząc z kina był mądrzejszy o Twoją wizję tego okresu, żeby był bliższy prawdy?
 
Tak, jak mówiłem na początku, kreując bohatera i próbując go uczłowieczyć, chciałem pokazać, że to byli ludzie, mieli dylematy, które wynikały z sytuacji, w jakiej się znaleźli, a ta sytuacja była efektem pewnej polityki.
Mam nadzieję, że poprzez opowiedzenie tej historii w taki a nie inny sposób, udało się rzucić  troszeczkę światła na to, kim tak naprawdę byli ci żołnierze, co ich motywowało, dlaczego tak się działo, że nie byli wolni od błędów. Jeżeli widz będzie się identyfikował z tą historią, to już będzie sukces.
 
Jakie nagrody dla tego filmu najbardziej by Cię ucieszyły?
 
Naprawdę nigdy nie myślałem o nagrodach. Robię ten film dla widzów. Zależałoby mi na tym, żeby obejrzało go jak najwięcej ludzi. To będzie dla mnie największa nagroda. I żeby widzowie dostrzegli, że wprawdzie opowiadamy o bohaterach, ale jednak nie zrobiliśmy im pomnika.
Wspomniany już mój promotor radził: przekładaj rzeczywistość przez siebie, jak sam byś zareagował. Staram się to robić. Mam nadzieję, że bohater jest wiarygodny.
 
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała Dorota Bogucka
 

POKREWIEŃSTWO DUSZ Z WYKLĘTYMI

Rozmowa z Marcinem Kwaśnym, aktorem, producentem filmu „Wyklęty”

Co zainteresowało Cię w scenariuszu Konrada Łęckiego na tyle, że podjąłeś decyzję o wyprodukowaniu filmu, pomimo że wówczas – na początku roku 2014 r. - w Polsce nie było jeszcze koniunktury sprzyjającej tematyce Żołnierzy Wyklętych?

Zainteresowała mnie historia głównego bohatera, oparta na kanwie losu ostatniego z Wyklętych, czyli Józefa Franczaka - „Lalka”. Historia człowieka, który jak bohaterowie antycznej tragedii znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Takie były losy żołnierzy podziemia niepodległościowego, którzy decydowali się na walkę, pozostając do końca wiernymi słowom przysięgi. Pozostawali w ten walce samotni, zaszczuci, ale starali się zachować godność i człowieczeństwo. Przyznaję, że ten scenariusz mocno mnie chwycił za serce. Dlatego postanowiłem, że Fundacja Między Słowami, którą powołałem do życia osiem lat temu, żeby produkować spektakle teatralne, tym razem zajmie się produkcją filmu.

Wyłożyliśmy kilkanaście tysięcy złotych, żeby zacząć zdjęcia, a pierwszą zewnętrzną instytucją, która wsparła film była Fundacja Samorządność i Demokracja.

Żeby dalej realizować zdjęcia, trzeba było zwrócić się do osób prywatnych. Postanowiłeś, że każdy kto wpłaci pieniądze, dostanie w zamian płyty. Czy to ułatwiło zbieranie pieniędzy?

Tak, pomysł, żeby wydać dyplomowy film Konrada Łęckiego „Pre mortem”, a także dwa audiobooki, które nagrałem - „Raport Rotmistrza Witolda Pileckiego” i „Grypsy z celi śmierci” Łukasza Cieplińskiego i wysyłać je darczyńcom w zamian za wsparcie, okazał się strzałem w dziesiątkę. Ludzie chętniej wpłacali pieniądze, bo dostawali w zamian coś wartościowego. Byłem zaskoczony, że na nasze apele o wpłaty, był taki duży odzew. Przez półtora roku uzbieraliśmy ponad 500 000 zł z datków osób fizycznych, małych firm, organizacji polonijnych i parafii katolickich. To nam pozwoliło na zrealizowanie dużej części zdjęć. Wśród donatorów byli ludzie z odległych zakątków świata – Polonia ze Stanów Zjednoczonych, Australii, Kanady, Wielkiej Brytanii, Skandynawii.

Jednymi z pierwszych sponsorów instytucjonalnych była  firma impresaryjna z Teatr Polski.Inc z Nowego Jorku i polska firma KRAM SA. Później wsparły nas także duże firmy: Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, Polska Grupa Energetyczna, Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych.

To wróćmy jeszcze na plan, czy trudno było zagrać postać Wiktora, czy spieraliście się z reżyserem – Konradem Łęckim o to, jaki ma być Twój bohater?

Nie, jeśli chodzi o samą postać, to mieliśmy podobne zdanie, jaki ten bohater ma być. Przy czym trzeba zaznaczyć, że film jest oparty na faktach, ale każdy z bohaterów jest syntezą kilku postaci historycznych. Wiktor ma cechy Hieronima Dekutowskiego, który przemawiając do żołnierzy powiedział te słowa „amnestia jest dla bandytów, a my jesteśmy wojskiem polskim”. Również Zdzisława Brońskiego - „Uskoka”. To właśnie z jego dzienników, które nagrałem w formie audiobooku na zlecenie Instytutu Pamięci Narodowej, dowiedziałem się, skąd brała się ta niezłomność, skąd Wyklęci czerpali siłę do walki. Chciałem, żeby mój bohater był wyrazisty, męski, żeby nie hamletyzował. Zależało mi na tym, żeby pokazać, że jest zdeterminowany i nie ma wątpliwości jak postąpić. To według mnie łączy tę postać z bohaterami, których grałem wcześniej.

Skoro o tym wspominasz, to przypomnijmy, że w „Historii Roja” Jerzego Zalewskiego zagrałeś Romana Dziemieszkiewicza - „Pogodę”, a w swoim dorobku aktorskim masz też tytułowego bohatera filmu „Pilecki” w reżyserii Mirosława Krzyszkowskiego. Czy role mundurowe są trudniejsze do zagrania niż cywilne? Czy wystarczy dobra prezencja i żołnierska postawa?

Nie chciałbym być postrzegany jako ładny chłopak w mundurze. Do każdej roli próbuję się przygotować. Przed „Historią Roja” miałem przeszkolenie wojskowe, dowiedziałem się jak tworzyć tyralierę, jak korzystać z broni, jak przeprowadzać oddział wojska przez rzekę. W „Pileckim” dużo jeździłem konno. Doświadczenia z tych dwóch filmów zaowocowały w „Wyklętym”.  Ale muszę też wspomnieć, że na planie „Wyklętego” bardzo mi pomogły wskazówki kaskadera Jacka Długosza, z którym podczas zimowych zdjęć trenowałem boks, żeby nie zamarznąć w przerwach między ujęciami.

Te zimowe zdjęcia były najtrudniejsze. Kiedy przemawiałem do żołnierzy – zamarzły mi policzki, nie mogłem mówić, pocierałem rękami twarz, żeby przebrnąć przez tę scenę. Z kolei w scenie obławy na Wyklętych, robiąc odskok, żeby uciec, poślizgnąłem się, wpadłem w okno, rozbiłem szybę. Niesamowite jest, że nic mi się nie stało, nie wbiłem sobie, nawet  najdrobniejszego szkła.

Ale za to odchorowałem inną scenę, kiedy Wiktor pali papierosy, mocne bez filtra, a ja prywatnie nie palę, więc jak się kilka razy zaciągnąłem, to po paru dublach było ciężko.

Czy uważasz, że Wyklęci mogą być wzorem do naśladowania, autorytetem dla młodych ludzi. Czy mentalnie tamci bohaterowie mogą być bliscy współczesnym młodym ludziom?

Tak, ale zacznę od czegoś innego. Czasem zdarza się, że ludzie kwestionują postawę niezłomnych, mówiąc, że ich walka była bez sensu, że byli skazani na porażkę wobec przeważającego aparatu polskich służb, wspieranego przez NKWD. Ale to, że odżyło zainteresowanie nimi szczególnie wśród młodych ludzi, świadczy o tym, że ofiara nie była bez sensu, że moralnie odnieśli zwycięstwo. Mogą być takim zaczynem, który spowoduje odrodzenie się ducha patriotyzmu wśród młodzieży.

Mam nadzieję, że patriotyzm znowu będzie czymś naturalnym, nie będzie się wiązał z obciachem. Że znowu – tak jak w II Rzeczypospolitej - będziemy dumni ze swoich bohaterów i z naszej historii. Od Wyklętych młodzi ludzie mogą się nauczyć bycia dumnymi ze swojego kraju, a także nie godzenia się na fałsz, na koniunkturalizm. 

Czasem aktorzy mówią, że nie da się do końca roli z siebie wyrzucić, co w Tobie pozostanie po Wiktorze?

Staram się jednak dla higieny psychicznej nie żyć po zdjęciach postacią, którą grałem. Przyznaję, że emocje odżywają, kiedy człowiek widzi film w kinie. Zastanawiam się, czy mogłem coś zrobić inaczej. Zawsze daję z siebie na planie 100 proc., ale to nie znaczy, że nie potrafię spojrzeć krytycznie na efekt.

Postacie Żołnierzy Wyklętych są mi bliskie, czuję z nimi pokrewieństwo dusz. Nagrałem audiobooki i walczyłem o scenariusz „Wyklętego”, bo uważam, że  to jest temat historyczny ważny dla naszej tożsamości narodowej.

Jaka nagroda dla „Wyklętego” ucieszyłaby Cię najbardziej?

Dla mnie największą nagrodą od Boga jest to, że ten film powstał. Nagrodą będzie jeśli  film spodoba się widzom i to się przełoży na frekwencję.

Według mnie na nagrodę zasługuję Konrad Łęcki za scenariusz i reżyserię, operator Karol Łakomiec za zdjęcia i grający główną rolę Wojciech Niemczyk.

Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała Dorota Bogucka

Rozmowa z Wojtkiem Niemczykiem (odtwórcą głównej roli) tuż po pierwszym obejrzeniu filmu

Jakie są Twoje odczucia po obejrzeniu pierwszy raz filmu?

Za dużo wody piję, zdecydowanie, bo film jest długi, ale mam nadzieję, że nie za długi. Że to, ani przez moment nie będzie zarzutem do filmu, bo wiele emocji mnie kosztował ten seans, ponieważ miałem retrospekcję. Miałem powrót wszystkich emocji, które mi towarzyszyły w trakcie kręcenia tego filmu, więc bardzo aktywnie oglądałem ten film i bardzo dużo mnie to kosztowało…

A jak byś miał nazwać emocje, które Ci towarzyszyły przy oglądaniu filmu?

Myślę, że zadziałała moja pamięć emocjonalna. To znaczy wszystkie emocje, które w danym momencie starałem się pokazać w filmie, one mi na nowo zaczęły towarzyszyć. Tylko ze wzmożoną siłą… O ile na przykład miałem się jakoś ustosunkować, będąc samemu przed kamerą, do wyobrażonej śmierci mojej dziewczyny, to tutaj jeszcze to zobaczyłem… więc oglądałem film trochę oczami bohatera a trochę widza. Myślę więc, że to podwójna praca wykonana w trakcie oglądania.

Żołnierze wyklęci - temat nieobecny w podręcznikach historii przez lata. Kogo dzisiaj ma szansę zainteresować Twoim zdaniem?

Myślę i mam nadzieję, że wszystkich. Uważam, że nie jest to w żaden sposób temat, albo nie powinien być to temat tabu. To część naszej historii, więc nie widzę powodu, dlaczego by o tym nie mówić, skoro tak się działo. Czas najwyższy to zmienić. Zmienić to jak najszybciej. Już się zaczęło to zmieniać. Dlatego myślę, że każdy się tą tematyką zainteresuje. Moim zdaniem każdego z nas historia, tym bardziej historia własnego kraju, ciekawi.

To nie jest łatwy temat. Żołnierze wyklęci ciągle podlegają osądom społecznym. A czy dla Ciebie są oni bohaterami?

Zawsze trzeba mieć świadomość tego, że nic nie jest do końca czarne i białe. W życiu spotykają nas różne sytuacje i tak naprawdę niewielu z nas jest w stanie zawsze zachować się tak jak należy, czy też tak jak powinno się zachować. Jesteśmy tylko ludźmi. Mamy prawo do popełniania błędów, ale są pewne wartości, pewne cechy ludzkie, które myślę, że warto zawsze naśladować. I są one bohaterskie, jak np szeroko pojęta miłość do Ojczyzny… Myślę, że przede wszystkim tymi ludźmi kierowała miłość do najbliższych, do przyjaciół, do rodzin. To była ich Ojczyzna i pragnęli jakiegoś konkretnego życia w wolnym, niepodległym państwie dla swoich najbliższych. Zawsze, gdy się czegoś dokonuje w życiu, przynajmniej tak powinno być, powinno się myśleć o drugim człowieku. I każde z takich zachowań, kiedy myślimy o bliźnim, o drugiej osobie i myślimy o tym, żeby było dobrze, czy żeby czynić dobro jest wartym naśladowania, cennym, jak najbardziej bohaterskim i trzeba zawsze na światło dzienne takie rzeczy wyciągać i pokazywać. Tak jak mówię, nic nie jest do końca czarne i białe i to nie jest tak, że nie popełniamy błędów, nawet w dążeniu do wyższych celów. Zdarzają się nam porażki, ale najważniejsze jest to, żeby z nich wyciągać właściwe wnioski i wyciągać konsekwencje, korygować swoje postępowanie.

Jaka jest najciekawsza scena według Ciebie, taka którą polecasz do oglądania dziesiątki razy?

Ojejku.. Nie mam pojęcia… Nie wiem… Na razie nie wiem.. Chyba muszę jeszcze raz zobaczyć film... Mam w sobie teraz za dużo emocji…

A scena, która była dla Ciebie najtrudniejsza do zagrania?

Nie wiem, ale teraz przychodzą mi do głowy takie sekwencje tortur, kiedy naprawdę dostawałem pałkami po plecach, bo tak się zdarzało…

Ale to przypadki?

Przypadki, chociaż nie zatrzymywaliśmy kamery, bo reżyserowi i operatorowi podobał się efekt, więc jakoś to zniosłem… Fakt, że później miałem poodbijane sine pałki na plecach przez wiele, wiele dni…

Rozmawiała Sylwia Onieszczuk

 

Please publish modules in offcanvas position.

Free Joomla! template by Age Themes

Używamy plików cookies dla ulepszania naszej strony i badania statystyk odwiedzin. Pliki cookies konieczne dla użytkowania strony zostały już ustawione. Aby dowiedzieć się więcej na temat cookies, których używamy i jak je skasować, zobacz naszą Politykę Prywatności.

  Rozumiem
EU Cookie Directive Module Information